Przejdź do treści

Koniec życia przekreśla życie?

*Uwaga! Tekst zawiera spoilery*

Śmierć jest największą tajemnicą ludzkości. Nie da się jej uniknąć, towarzyszy nam od zawsze. To ona kończy życie i sprawia, że w naszych głowach pojawia się pytanie o sens życia, które tak prędko znika. Jaki jest tego wszystkiego cel? Czy w ogóle jakiś jest?

William Szekspir w swoich dramatach wielokrotnie porusza temat śmierci i ulotności życia. W Makbecie padają słowa: Życie jest jedynie/ Przelotnym cieniem; żałosnym aktorem, / Co przez godzinę puszy się i miota/ Na scenie, po czym znika; opowieścią/ Idioty, pełną wrzasku i wściekłości,/ A nieznaczącą nic. Poeta chce przez to powiedzieć, że życie jest krótkie i ulotne. Pewnego rodzaju absurdem wydaje się to, że coś, co często uznawane jest za największą wartość, można tak łatwo stracić. U Szekspira śmierć bohaterów często jest wynikiem nieporozumienia – na przykład w Romeo i Julii kochankowie się zabijają, bo sądzą, że obiekt ich uczuć nie żyje. Inna sytuacja, ale równie ironiczna, pojawia się w Hamlecie, gdzie mnóstwo osób ginie przez zemstę księcia za jedną zaledwie śmierć. Z kolei Makbet morduje króla z powodu dosyć mętnej przepowiedni, co pociąga za sobą inne trupy. Wydaje mi się, że dramaturg chce zachęcić widza lub czytelnika do refleksji o tym, jaki ma sens życie, jeżeli tak szybko je przerywamy z błahych powodów.

Wojna pokazuje tę kruchość naszego istnienia. Ludzie zwyczajni, niewinni, tacy, którzy by kiedy indziej przeżyli, giną z przeróżnych powodów. Wydawałoby się, że śmierć na wojnie powinna być bohaterska, często, kiedy o niej myślimy wyobrażamy młodzieńca walczącego o swoje ideały, które ginie od strzału wroga. Jednakże życie wygląda często inaczej niż historia bohaterów Kamieni na szaniec Aleksandra Kamińskiego. Animowany film Isao Takahaty Grobowiec świetlików pokazuje historię japońskich cywilów w czasie II wojny światowej. Obraz oparty na prawdziwych wydarzeniach opisanych w książce Akiyukiego Nosaki o tym samym tytule opowiada o 14-letnim chłopcu, który po tym jak jego matka ginie w czasie nalotu, a ojciec jest na froncie, musi zaopiekować się swoją małą siostrzyczką. Obserwujemy ich walkę o przetrwanie tak długo, że zaczynamy się zastanawiać, czy to wszystko jest tego warte.

Kiedy czytałam powieść historyczną Ildefonsa Falconesa Katedra w Barcelonie, bardzo poruszyła mnie pewna, z pozoru nieistotna, scena. Gdy główny bohater był dzieckiem, wybrał się z kuzynami się na eskapadę – głupia dziecięca igraszka, jedna z takich, o których zwykle szybko się zapomina. Tutaj jednak stało się inaczej z powodu pory dnia, kiedy wyruszyli – było już ciemno i robiło się coraz chłodniej. Dla zabawy kogoś śledzili, a, gdy tamten ich usłyszał , ukryli się w wodach portowych. Niestety jedno z dzieci się rozchorowało. Dzisiaj byłaby to błahostka – ile razy przecież bywaliśmy przeziębieni za młodu? Jednak akcja powieści rozgrywała się w średniowieczu, kiedy nie było tyle medykamentów na każdą możliwą dolegliwość. Jak można się domyślić, chłopiec zmarł. Uderzyło mnie to, jak łatwo można czasem zaprzepaścić życie. Kiedyś jeszcze było to częstsze. Mam wrażenie, że dzisiaj nie doceniamy bezpieczeństwa, jakim się otoczyliśmy, bo nie poświęcamy zbyt dużej uwagi kruchości życia.

Tippi i ja pisana wierszem przez Sarah’ę Crossan opowiada o bliźniaczkach syjamskich. Ludzie tacy jak ja, którzy nie mieli jeszcze do czynienia z takimi osobami, często myślą, że to nieszczęście. Autorka stawia jednak tę sprawę w zupełnie innym świetle. Dziewczyny potrafią cieszyć się z każdej chwili życia. Czytelnik powoli przywiązuje się do bohaterek i wreszcie zaczyna rozumieć ich punkt widzenia – istnienie może być piękne, nawet jak inni nam tego nie ułatwiają. Niestety całkiem miłe, ale zwyczajne, życie Tippi i Grace zostaje przerwane nagłą chorobą, a następnie zgonem jednej z nich. Wydaje się jakby los z nich kpił, bo, gdy wreszcie dorosły i znalazły miejsce na świecie, śmierć je rozdziela. Już nic nie będzie takie same. Kosiarz znowu zwyciężył.

Nawet w popularnym serialu z lat 90. XX wieku Michaela Crichtona, Ostry dyżurze, ciągle przewija się problem nieuchronności śmierci, która czasem wydaje się tak bezsensowna. Bohaterowie, którzy są pracownikami chicagowskiego szpitala nieustannie muszą się z nią mierzyć podczas leczenia swoich pacjentów, zadając sobie pytanie, czy w takim razie życie ma sens. Przeżywa sprawca wypadku, a umiera mała dziewczynka, którą potrącił. Ktoś dowiaduje się, że ma zaawansowanego raka, ktoś inny traci pierwsze dziecko. Ktoś umyka Kostusze, która była tak przecież blisko, a ktoś inny daje się złapać w jej z pozoru odległe sidła. Czy śmierć ślepo zamienia ludzi w nieboszczyków? A może po prostu nie potrafimy jej zrozumieć?

W filmie Siódma pieczęć reżyserii Ingmara Bergmana doskonale ukazano wieczne wątpliwości ludzi dotyczące kresu życia w metaforze rozgrywki szachowej ze Żniwiarzem. Do końca nie wiadomo kto wygra, kto kogo przechytrzy. Rycerz stara się zwyciężyć Ostatnią Godzinę, ale ona jest niepokonana. Nie da się oszukać Śmierci. Czy znając jego nieunikniony koniec, życie ma nadal sens?

Ludzkość jak długo będzie istnieć, tak długo będzie zadawać pytania dotyczące egzystencji. Wydaje mi się, że jednym z najważniejszych z nich jest to, czy śmierć nie przekreśla sensu życia. Paradoksalnie to może właśnie ona nadaje istnieniu sens. Nakreśla jego granice, w pewien sposób motywuje. Czy jednak to, że ona je kończy ma większe znaczenie?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Skip to content